Planując napisanie tego tekstu, chciałam zlinczować wszystko i wszystkich. Wiatr - za wypaczanie konkursów. Organizatorów - za przeprowadzanie zawodów pomimo beznadziejnych warunków i ryzykowanie tym samym zdrowiem lub nawet życiem skoczków. Miałam także wspomnieć wszystkie jednoseryjne konkursy, które wygrywali zawodnicy przypadkowi. Kiedy jednak zobaczyłam niezmiernie szczęśliwego Andersa Bardala wznoszącego ku niebiosom Kryształową Kulę, a w oku zakręciła się łza wzruszenia, postanowiłam nieco zmienić ton mojej wypowiedzi.
Pierwsza część sezonu nie zapowiadała końcowego tryumfu Norwega, wręcz przeciwnie - wszyscy Puchar Świata wręczali Andreasowi Koflerowi, który odstawiał równo wszystkich przeciwników. Kiedy jego prowadzenie w klasyfikacji generalnej zaczęło chylić się ku upadkowi, ten wciąż bronił się kolejnymi zwycięstwami lub miejscami na podium (Innsbruck!). Przez to stał się liderem mało przekonującym. Wydawało się wtedy, że prowadzenie obejmie Gregor Schlierenzauer, świeżo upieczony zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni. W tym samym momencie jednak jak Filip z konopi wyskoczył Bardal. Prowadzenia nie oddał aż do wieńczącego sezon weekendu w Planicy. Schlierenzauer postraszył go już tylko trochę - ponadto nie wyglądał na takiego, któremu szczególnie zależałoby na gonieniu Norwega. Trudno się mu dziwić, wszak cel na ten sezon osiągnął.
Ostatnie miesiące dobitnie pokazały, że pomimo XXI wieku człowiek w starciu z naturą wciąż nie ma szans. Do tego obnażyły niedoskonałości systemu kompensaty za wiatr i belkę, który częściej zabierał skoczkom dobre miejsca, niż je przyznawał. Obraz poszczególnych konkursów psuło także ciągle zmienianie przez organizatorów belki startowej, w znacznej mierze uniemożliwiające oddawanie przez zawodników dalekich skoków. Z powyższych powodów poirytowana bywała także zgromadzona pod poszczególnymi skoczniami publiczność - gwizdom niezadowolenia nie było końca.
Wiele ciepłych słów można powiedzieć na temat rezultatów polskich zawodników. Kamil Stoch udowodnił, że jest skoczkiem światowej klasy, zajmując piąte miejsce w końcowej klasyfikacji Pucharu Świata. Godnie przejął schedę po Adamie Małyszu. Powtórzył także swój zeszłoroczny sukces z Zakopanego, dzięki czemu tysiące zebranych pod Wielką Krokwią kibiców mogło usłyszeć "Mazurka Dąbrowskiego".
Życiowy sezon zaliczył Piotr Żyła. Słynący z nietypowych wypowiedzi wiślanin m.in. ustanowił nowy rekord Polski w lotach, a także był stałym, pewnym punktem drużyny.
Porządnie punktować zaczął Maciej Kot. Po kilku sezonach bez chociażby "oczka", teraz zebrał ich aż 108. Tuż za nim na horyzoncie pojawili się Aleksander Zniszczoł i Klemens Murańka. Ten pierwszy zebrał wspaniałe punktowe żniwo z Zakopanem. Później został wicemistrzem świata juniorów zarówno indywidualnie, jak i drużynowo. Obaj zawodnicy mieli także znaczący wpływ na to, że na skoczni normalnej w Lahti polska drużyna uplasowała się na najniższym stopniu podium.
Nie tylko Zniszczoł i Murańka byli młodymi zawodnikami, którzy stanowili o sile swojej drużyny. Miało to także miejsce u Norwegów i Słoweńców. Vegard Haukoe Sklett, Jure Sinkovec, Atle Pedersen Roensen, Jaka Hvala - to tylko część nazwisk, które możemy widywać na najwyższych lokatach już w ciągu kilku najbliższych lat.
Kolejny słaby sezon zaliczyli Finowie. Podczas drugiego konkursu w Planicy karierę zakończył najbardziej doświadczony z nich - Matti Hautamaeki. Po kontuzji wraca jednak Ville Larinto. Może to on poderwie do walki kolegów z drużyny?
Lekko podupadła dominacja Austriaków w drużynówkach. O swoje coraz bardziej dopominać zaczęli się Norwegowie oraz Niemcy. Tryumfy podopiecznych Alexandra Pointnera nie były już tak wyraźne i przekonujące, lecz mimo to po raz kolejny z rzędu zdobyli Puchar Narodów i drużynowe mistrzostwo świata w lotach.
I to właśnie najważniejsza impreza tego sezonu najbardziej mnie zawiodła. Mistrzostwa świata w lotach w Vikersund rozczarowały nie tyle poziomem wyników osiąganych przez zawodników (bo ten był wysoki), co organizacją. Już pierwszego dnia pomimo bardzo złych warunków próbowano przeprowadzić dwie pierwsze serie konkursowe. Bardzo na tym ucierpiał Kamil Stoch - został puszczony warunkach tak złych, że wylądował na buli, grzebiąc tym samym swoje szanse na dalsze loty na Vikersundbakken. Wyniki jednak anulowano i nowego mistrza świata wyłoniły inne dwie serie, które odbyły się dzień później. Został nim Robert Kranjec. Wyprzedził czarnego konia zawodów - Rune Veltę, a także Martina Kocha, który gdyby nie upadek, zająłby miejsce Słoweńca. Stoch był dziesiąty. Należy więc cieszyć się, że zła pogoda podczas całej imprezy doszczętnie nie wypaczyła wyników i złoto zdobył prawdziwy specjalista od latania na mamutach.
Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej opisane aspekty minionego sezonu, naprawdę ciężko go jednoznacznie ocenić. Odnoszę jednak wrażenie, że był trochę słabszy od poprzedniego. Zdobywca Pucharu Świata średnio przekonał mnie, że to on jest najlepszym skoczkiem świata, słabo zaznaczył swoją dominację. Nieco jałowa była także sama walka o końcowy tryumf. Mimo to nie brakowało momentów, w których serce biło szybciej, a w oku pojawiała się łza. I tego się trzymajmy.
niedziela, 18 marca 2012
wtorek, 10 stycznia 2012
O potędze Skry
PGE Skra Bełchatów to zdecydowanie budzący najwięcej skrajnych emocji i przez to jeden z najbardziej kontrowersyjnych klubów rodzimej siatkarskiej ekstraklasy. Pod adresem siedmiokrotnych mistrzów Polski wiele razy padały zarzuty dotyczące rzekomego "kupowania" sukcesów. Lecz historia sportów drużynowych wielokrotnie pokazała, że medali, mistrzostw i pucharów nie kupi się za pieniądze i nazwiska, których i tak w szeregach bełchatowian nie brakuje. Jednak to kilka innych czynników zadecydowało, że zawodnicy w żółto-czarnych strojach pozostają na polskich parkietach niepokonani.
O potędze Skry świadczą przede wszystkim zgranie i trzon zespołu, który od lat pozostaje niezmieniony. I nie chodzi tu o nagromadzenie reprezentantów Polski, którzy ów trzon stanowią (zresztą, prawdziwość tego faktu dosadnie potwierdził w swoim artykule mój dobry kolega i wzór do naśladowania, Krzysztof Sędzicki). Przez te wszystkie lata, podczas których przeprowadzano jedynie niewielkie zmiany w składzie, cała jego reszta zamieniła się w siatkarską rodzinę, doskonale się rozumiejącą. I pomimo, że rywale przed i w trakcie każdego sezonu coraz bardziej zbroją się, wydając duże sumy pieniędzy na najlepsze nazwiska światowej siatkówki, wciąż u kresu ligi oglądają plecy siatkarzy z Bełchatowa.
Oskarżenia dotyczące posiadania za sobą jednego z najbogatszych sponsorów Polski i osiągania największych sukcesów jedynie ze względu na wysoki budżet, są zatem błaganiem o litość i objawem zniecierpliwienia związanej z niemającym się ku końcowi królowaniem Skry Bełchatów w PlusLidze.
O potędze Skry świadczą przede wszystkim zgranie i trzon zespołu, który od lat pozostaje niezmieniony. I nie chodzi tu o nagromadzenie reprezentantów Polski, którzy ów trzon stanowią (zresztą, prawdziwość tego faktu dosadnie potwierdził w swoim artykule mój dobry kolega i wzór do naśladowania, Krzysztof Sędzicki). Przez te wszystkie lata, podczas których przeprowadzano jedynie niewielkie zmiany w składzie, cała jego reszta zamieniła się w siatkarską rodzinę, doskonale się rozumiejącą. I pomimo, że rywale przed i w trakcie każdego sezonu coraz bardziej zbroją się, wydając duże sumy pieniędzy na najlepsze nazwiska światowej siatkówki, wciąż u kresu ligi oglądają plecy siatkarzy z Bełchatowa.
Oskarżenia dotyczące posiadania za sobą jednego z najbogatszych sponsorów Polski i osiągania największych sukcesów jedynie ze względu na wysoki budżet, są zatem błaganiem o litość i objawem zniecierpliwienia związanej z niemającym się ku końcowi królowaniem Skry Bełchatów w PlusLidze.
wtorek, 4 października 2011
Historycznie na Ursynowie
Na przełomie września i października w warszawskiej Arenie Ursynów odbył się pierwszy w historii rankingowy turniej snookerowy. Impreza ze sporą sumą pieniędzy w puli nagród i punktami rankingowymi do zgarnięcia.
Głównymi magnesami na publiczność w Warszawie byli m.in. sześciokrotny mistrz świata Steve Davis, aktualny wicemistrz globu, prezentujący niezwykle ofensywnego snookera Judd Trump oraz byli mistrzowie świata Shaun Murphy i Neil Robertson. W turnieju zagrało 85 profesjonalistów oraz 77 amatorów, w tym trzydziestu siedmiu Polaków. Polsko brzmiących nazwisk było o kilka więcej, lecz występujących pod inną niż biało-czerwona, flagą.
Naprawdę niewiele zabrakło, aby w Warszawie zaprezentowała się żywa legenda dyscypliny z zielonym stołem w roli głównej. Ronnie O'Sullivan, bo o nim mowa, ku uciesze zainteresowanych turniejem kibiców, znalazł się na wstępnej liście startowej do Players Tour Championship 6. Entuzjazm jego fanów nie trwał jednak długo - "O'Sa" wycofał się, swoją decyzję tłumacząc napiętym grafikiem meczów (dzień przed pojawieniem się w Warszawie musiał rozegrać kilka spotkań w Premier League; z tej imprezy zrezygnować nie mógł, ponieważ w takim wypadku musiałby zapłacić karę finansową, której perspektywa nie była oczywiście dla Anglika zachęcająca). Trzykrotny mistrz świata zapowiedział jednak, że w przypadku ponownej organizacji przez Warszawę turnieju podobnej rangi, na pewno w Stolicy się zjawi.
Najlepiej zapowiadającym się polskim zawodnikiem był oczywiście Kacper Filipiak. Mistrz Europy do lat 21 nie musiał kwalifikować się do fazy telewizyjnej turnieju. W pierwszej rundzie zmierzył się z Anglikiem, Davidem Gilbertem. Spotkanie zaczął dosłownie historycznie. Jako pierwszy w historii polski zawodowiec wbił sto punktów w podejściu, rozgrzewając tym samym do czerwoności zgromadzoną na hali Ursynów publiczność. Rezonu nie stracił również w drugiej partii, walcząc do końca i wygrywając ją po pojedynku na czarnej bili. Później niestety w grze piętnastoletniego Polaka pojawiły się błędy, a jego przeciwnik wrócił do swojej normalnej dyspozycji. Zaatakował nawet brejka maksymalnego - z niezłym skutkiem, zabrakło czterech bil. Gilbert pokonał ulubieńca polskiej publiczności 4-2, jednak przegrany nie miał się czego wstydzić - wszak po raz kolejny zapisał się na kartach historii.
Neil Robertson był jedną z głównych gwiazd Warsaw Classic, ale czy zarazem faworytem do zwycięstwa? Niekoniecznie. Pomimo, że tylko jednego ze swoich spotkań nie rozegrał na stole telewizyjnym, wciąż przyćmiony był osobą Steve'a Davisa, którego spotkania budziły zdecydowanie największe zainteresowanie publiczności, oraz Judda Trumpa, który w swoim stylu bawił widzów efektownymi "petardami". Obaj jednak odpadli wcześniej - odpowiednio w pół- i ćwierćfinale. Reprezentant kraju kangurów stał się tymczasem cichym bohaterem całej imprezy, docierając do finału, w którym 4-1 pokonał Ricky'ego Waldena, który nie był ani gwiazdą, ani faworytem Warsaw Classic. "Mistrz Warszawy", bo tak Robertsona określił komentator Eurosportu Rafał Jewtuch, swe zadowolenie z wygrania warszawskiej imprezy wyraził na twitterze. We wpisie pochwalił polską publiczność i napisał, że jest bardzo usatysfakcjonowany dobrą grą.
Podsumowując, Players Tour Championship 6, czy jak kto woli, Warsaw Classic, to był udany turniej. Zarówno dla kibiców, organizatorów jak i samych jego uczestników. Można z optymizmem patrzeć w przyszłość warszawskiego turnieju i mieć nadzieję, że w przyszłym roku snookerowa elita ponownie zawita do stolicy kraju nad Wisłą.
Głównymi magnesami na publiczność w Warszawie byli m.in. sześciokrotny mistrz świata Steve Davis, aktualny wicemistrz globu, prezentujący niezwykle ofensywnego snookera Judd Trump oraz byli mistrzowie świata Shaun Murphy i Neil Robertson. W turnieju zagrało 85 profesjonalistów oraz 77 amatorów, w tym trzydziestu siedmiu Polaków. Polsko brzmiących nazwisk było o kilka więcej, lecz występujących pod inną niż biało-czerwona, flagą.
Naprawdę niewiele zabrakło, aby w Warszawie zaprezentowała się żywa legenda dyscypliny z zielonym stołem w roli głównej. Ronnie O'Sullivan, bo o nim mowa, ku uciesze zainteresowanych turniejem kibiców, znalazł się na wstępnej liście startowej do Players Tour Championship 6. Entuzjazm jego fanów nie trwał jednak długo - "O'Sa" wycofał się, swoją decyzję tłumacząc napiętym grafikiem meczów (dzień przed pojawieniem się w Warszawie musiał rozegrać kilka spotkań w Premier League; z tej imprezy zrezygnować nie mógł, ponieważ w takim wypadku musiałby zapłacić karę finansową, której perspektywa nie była oczywiście dla Anglika zachęcająca). Trzykrotny mistrz świata zapowiedział jednak, że w przypadku ponownej organizacji przez Warszawę turnieju podobnej rangi, na pewno w Stolicy się zjawi.
Najlepiej zapowiadającym się polskim zawodnikiem był oczywiście Kacper Filipiak. Mistrz Europy do lat 21 nie musiał kwalifikować się do fazy telewizyjnej turnieju. W pierwszej rundzie zmierzył się z Anglikiem, Davidem Gilbertem. Spotkanie zaczął dosłownie historycznie. Jako pierwszy w historii polski zawodowiec wbił sto punktów w podejściu, rozgrzewając tym samym do czerwoności zgromadzoną na hali Ursynów publiczność. Rezonu nie stracił również w drugiej partii, walcząc do końca i wygrywając ją po pojedynku na czarnej bili. Później niestety w grze piętnastoletniego Polaka pojawiły się błędy, a jego przeciwnik wrócił do swojej normalnej dyspozycji. Zaatakował nawet brejka maksymalnego - z niezłym skutkiem, zabrakło czterech bil. Gilbert pokonał ulubieńca polskiej publiczności 4-2, jednak przegrany nie miał się czego wstydzić - wszak po raz kolejny zapisał się na kartach historii.
Neil Robertson był jedną z głównych gwiazd Warsaw Classic, ale czy zarazem faworytem do zwycięstwa? Niekoniecznie. Pomimo, że tylko jednego ze swoich spotkań nie rozegrał na stole telewizyjnym, wciąż przyćmiony był osobą Steve'a Davisa, którego spotkania budziły zdecydowanie największe zainteresowanie publiczności, oraz Judda Trumpa, który w swoim stylu bawił widzów efektownymi "petardami". Obaj jednak odpadli wcześniej - odpowiednio w pół- i ćwierćfinale. Reprezentant kraju kangurów stał się tymczasem cichym bohaterem całej imprezy, docierając do finału, w którym 4-1 pokonał Ricky'ego Waldena, który nie był ani gwiazdą, ani faworytem Warsaw Classic. "Mistrz Warszawy", bo tak Robertsona określił komentator Eurosportu Rafał Jewtuch, swe zadowolenie z wygrania warszawskiej imprezy wyraził na twitterze. We wpisie pochwalił polską publiczność i napisał, że jest bardzo usatysfakcjonowany dobrą grą.
Podsumowując, Players Tour Championship 6, czy jak kto woli, Warsaw Classic, to był udany turniej. Zarówno dla kibiców, organizatorów jak i samych jego uczestników. Można z optymizmem patrzeć w przyszłość warszawskiego turnieju i mieć nadzieję, że w przyszłym roku snookerowa elita ponownie zawita do stolicy kraju nad Wisłą.
środa, 21 września 2011
Powtórka z odsieczy
W 1683 roku Jan III Sobieski pokazał Turkom pod Wiedniem miejsce w szeregu. 328 lat później we wiedeńskiej hali Stadthalle polscy siatkarze w czterech setach pokonali w meczu o brązowy medal faworyzowanych do zwycięstwa w całym turnieju Rosjan.
A MIAŁO BYĆ TAK ŹLE
Przed europejskim czempionatem nastroje w polskiej reprezentacji nie były zbyt ciekawe. Wyniki sparingów optymizmem nie napawały (w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera w trzech spotkaniach Polacy ugrali zaledwie seta!), a zewsząd płynęły gorzkie słowa krytyki pod ich adresem. Dodatkowo kontuzji wyleczyć nie zdążył Zbigniew Bartman, przez co do Czech i Austrii lecieliśmy z dwoma niepewnymi atakującymi - Jakubem Jaroszem i MVP poprzednich Mistrzostw Europy, Piotrem Gruszką.
DROGA DO MEDALU
Polacy w grupie mierzyli się z jej faworytami - Bułgarami, Niemcami, którzy pod wodzą Raula Lozano poczynili niebywałe postępy oraz nieobliczalnymi Słowakami. Najkorzystniej było zająć w niej pierwsze lub trzecie miejsce, które chroniło przed konfrontacją z Rosją w ćwierćfinale. Nasi reprezentanci skorzystali z drugiej opcji i zagrali niesamowity mecz barażowy z Czechami. Zwyciężyli i w ćwierćfinale nie napotkali praktycznie oporu ze strony Słowaków, pokonując ich w trzech setach. W strefie medalowej trafili na Włochów. Podczas tego meczu polskich siatkarzy nie było praktycznie na boisku. Zostali przez zawodników z Półwyspu Apenińskiego praktycznie zmiażdżeni. Kilka godzin później po niesamowitym meczu Serbowie wniwecz obrócili marzenia Rosjan o złocie. I to właśnie z sąsiadami ze wschodu zagraliśmy o brąz.
A BRĄZ LŚNI JAK ZŁOTO
Biorąc pod uwagę dyspozycję Rosjan w ciągu kilku ostatnich miesięcy, sukcesem było ugranie chociażby seta. Mają oni jednak to do siebie, że jeżeli przegrywają półfinał, to brązowy medal traci dla nich zupełnie wartość. Walczą, ale nie z taką zaciętością, jak zwykle. Polacy mogli upatrywać w tym swoją szansę.
KUBIAK SIĘ NIE POMYLIŁ
Są takie mecze, których nie są w stanie opisać żadne słowa. Są takie emocje, które pochłaniają bez reszty. I są takie zwycięstwa, których po prostu się nie zapomina.
- Możemy wygrać z każdym. W tej chwili nie widzę drużyny, której moglibyśmy się bać. Przy naszej dobrej grze, jeśli będzie nam wychodzić zagrywka, to i z Rosją sobie poradzimy - powiedział Michał Kubiak po zwycięstwie Polaków nad Czechami. Wtedy można się było z jego słów podśmiewać, jednak w ostatecznym rozrachunku okazało się, że siatkarz Jastrzębskiego Węgla nieźle zna się na dyscyplinie, którą uprawia. I dodatkowo zna swoje możliwości.
SERCE - SERBIA, ROZUM - WŁOCHY
Przed i w trakcie finału wszystkie polskie serca biły dla Serbii. Bo to bałkańscy siatkarze podłamali Rosjan, ułatwiając nam tym samym drogę do brązu. Jednak mimo wszystko mocniejsi wydawali się Włosi - byli bezkonkurencyjni w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera i dobrze zaprezentowali się w Lidze Światowej, awansując do Final Eight. Po raz kolejny okazało się, że "sparingi guzik ci powiedzą". Serbowie zwyciężyli w czterech setach, a ich bohaterem został Milos Terzić, który na końcu dwóch ostatnich partii wchodził zadaniowo na zagrywkę, za każdym razem posyłając asa serwisowego.
A MIAŁO BYĆ TAK ŹLE
Przed europejskim czempionatem nastroje w polskiej reprezentacji nie były zbyt ciekawe. Wyniki sparingów optymizmem nie napawały (w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera w trzech spotkaniach Polacy ugrali zaledwie seta!), a zewsząd płynęły gorzkie słowa krytyki pod ich adresem. Dodatkowo kontuzji wyleczyć nie zdążył Zbigniew Bartman, przez co do Czech i Austrii lecieliśmy z dwoma niepewnymi atakującymi - Jakubem Jaroszem i MVP poprzednich Mistrzostw Europy, Piotrem Gruszką.
DROGA DO MEDALU
Polacy w grupie mierzyli się z jej faworytami - Bułgarami, Niemcami, którzy pod wodzą Raula Lozano poczynili niebywałe postępy oraz nieobliczalnymi Słowakami. Najkorzystniej było zająć w niej pierwsze lub trzecie miejsce, które chroniło przed konfrontacją z Rosją w ćwierćfinale. Nasi reprezentanci skorzystali z drugiej opcji i zagrali niesamowity mecz barażowy z Czechami. Zwyciężyli i w ćwierćfinale nie napotkali praktycznie oporu ze strony Słowaków, pokonując ich w trzech setach. W strefie medalowej trafili na Włochów. Podczas tego meczu polskich siatkarzy nie było praktycznie na boisku. Zostali przez zawodników z Półwyspu Apenińskiego praktycznie zmiażdżeni. Kilka godzin później po niesamowitym meczu Serbowie wniwecz obrócili marzenia Rosjan o złocie. I to właśnie z sąsiadami ze wschodu zagraliśmy o brąz.
A BRĄZ LŚNI JAK ZŁOTO
Biorąc pod uwagę dyspozycję Rosjan w ciągu kilku ostatnich miesięcy, sukcesem było ugranie chociażby seta. Mają oni jednak to do siebie, że jeżeli przegrywają półfinał, to brązowy medal traci dla nich zupełnie wartość. Walczą, ale nie z taką zaciętością, jak zwykle. Polacy mogli upatrywać w tym swoją szansę.
KUBIAK SIĘ NIE POMYLIŁ
Są takie mecze, których nie są w stanie opisać żadne słowa. Są takie emocje, które pochłaniają bez reszty. I są takie zwycięstwa, których po prostu się nie zapomina.
- Możemy wygrać z każdym. W tej chwili nie widzę drużyny, której moglibyśmy się bać. Przy naszej dobrej grze, jeśli będzie nam wychodzić zagrywka, to i z Rosją sobie poradzimy - powiedział Michał Kubiak po zwycięstwie Polaków nad Czechami. Wtedy można się było z jego słów podśmiewać, jednak w ostatecznym rozrachunku okazało się, że siatkarz Jastrzębskiego Węgla nieźle zna się na dyscyplinie, którą uprawia. I dodatkowo zna swoje możliwości.
SERCE - SERBIA, ROZUM - WŁOCHY
Przed i w trakcie finału wszystkie polskie serca biły dla Serbii. Bo to bałkańscy siatkarze podłamali Rosjan, ułatwiając nam tym samym drogę do brązu. Jednak mimo wszystko mocniejsi wydawali się Włosi - byli bezkonkurencyjni w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera i dobrze zaprezentowali się w Lidze Światowej, awansując do Final Eight. Po raz kolejny okazało się, że "sparingi guzik ci powiedzą". Serbowie zwyciężyli w czterech setach, a ich bohaterem został Milos Terzić, który na końcu dwóch ostatnich partii wchodził zadaniowo na zagrywkę, za każdym razem posyłając asa serwisowego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)