czwartek, 29 listopada 2012

Z własnego podwórka: relacja z meczu MKS Eltronik Brodnica - Tytani Wejherowo

        MKS Eltronik Brodnica przegrał we własnej hali z Tytanami Wejherowo 25:27. Była to szósta porażka tego klubu w sezonie.
        Po serii niepowodzeń i remisie z LKS-em Kęsowo, kibice podopiecznych Jana Orzecha mogli liczyć na zmianę. Brodniczanie byli zdecydowanymi faworytami w starciu z przedostatnimi w tabeli 2. ligi zawodnikami z Wejherowa. Mimo to polegli po pełnym wyrównanej walki meczu.
        Zaczął się on dosyć nerwowo ze strony brodniczan - ich przeciwnicy szybko wyszli na trzy bramkowe prowadzenie, które nasi zawodnicy zredukowali do dwóch. Utrzymało się ono aż do końca pierwszej połowy, po której tablica wyników pokazywała 12:14 na korzyść gości. Brakowało w niej zorganizowania i pomysłu graczy naszej drużyny na grę. W gubieniu piłki czy nieprzemyślanych podaniach objawiał się brak koncentracji.
       W drugiej części meczu gra brodnickiego klubu poprawiła się. Między drużynami nawiązała się zacięta walka na przewagi - każdy z klubów obejmował prowadzenie, aby potem je roztrwonić i oddać pałeczkę przeciwnikowi. Niestety, brak dokładności i konsekwencji w budowaniu akcji zadecydowały o porażce MKS-u 25:27. Brodniczanie nie mogą narzekać na brak okazji, które nadarzały się w trakcie spotkania.
      W składzie na to spotkanie znalazło się wielu uczniów III LO w Brodnicy, w tym Kamil Netz, który z dorobkiem pięciu bramek został wybrany zawodnikiem meczu.
 Kolejne spotkanie we własnej hali brodniczanie rozegrają ze znacznie wyżej notowanym MKS-em Grudziądz.
    
MKS Eltronik Brodnica wystąpił w składzie: Jankowski, Kaczmarski, Banasiak - Netz 5, Bidziński 5,
Wajc 4, Cichocki 3, Jadanowski 2, Kryczka 2, Brucki 2, Wiśniewski 1, Brzyski Dawid 1, Kamiński, Stefański, Chilmanowicz, Gąsiorowski.
Trener: Jan Orzech

Tabela II ligi piłki ręcznej mężcyzn po 9. kolejce:

1
ENERGETYK
Gryfino
10
328 - 259
18 - 2

2
AZS UKW
Bydgoszcz
9
275 - 239
16 - 2

3
SOKÓŁ
Gdańsk
9
282 - 235
12 - 6

4
M K S
Grudziądz
9
273 - 239
12 - 6

5
SAMBOR LATOCHA
Tczew
9
246 - 237
11 - 7

6
GWARDIA
Koszalin
9
247 - 242
9 - 9

7
BS SZCZYPIORNIAK
Olsztyn
9
221 - 237
9 - 9

8
ALFA 99
Strzelno
9
255 - 276
8 - 10

9
G K S
Żukowo
9
235 - 245
7 - 11

10
B S KORONA
Koronowo
9
253 - 271
6 - 12

11
TYTANI
Wejherowo
9
223 - 243
6 - 12
 

Drobna fotorelacja z meczu:






czwartek, 9 sierpnia 2012

Stało się

Nie chciałam pisać tego tekstu. Wolałabym zacząć tworzenie go w niedzielę wieczorem, 12 sierpnia. Wolałabym analizować to, co wpłynęło na utrzymanie przez polskich siatkarzy wielkiej formy od czasów Ligi Światowej, a w efekcie zdobycie medalu na igrzyskach. Zamiast tego piszę już teraz, w środę. Za szybko. Przypadła mi niewdzięczna rola - muszę na części pierwsze rozłożyć to, dlaczego medalu nie będzie, a z igrzyskai pożegnaliśmy się we wstydliwy sposób - przegrywając 0:3 z Rosjanami.
   Jedną z rzeczy, która moim zdaniem doprowadziła do olimpijskiej klęski, jest presja ze strony dziennikarzy. Kiedy Polacy zdobyli złoty medal Ligi Światowej, wszyscy zaczęli widzieć w nich tryumfatorów londyńskich igrzysk. Nikt nie zważał na to, że jedynym, czego nasi  zawodnicy wówczas potrzebowali, był spokój. Mało kto studził emocje. Zbigniew Bartman próbował interweniować - prosił o chwilę spokoju dla siebie i swoich kolegów, a Marcin Możdżonek mu wtórował mówiąc, że oni co najwyżej mogą zdobyć medal. Bo w rzeczy samej - oni niczego zrobić nie musieli.
  Nawaliła też psychika. Przegraną z Bułgarią większość z nas nazwała "wypadkiem przy pracy", a "Przegląd Sportowy" artykuł o tym spotkaniu zatytułował "Ostatnia taka wpadka". Mimo to przegraliśmy też ostatnie spotkanie grupowe z Australią, które z założenia miało być spacerkiem. Nasi zawodnicy chyba za bardzo się do tej myśli przywiązali, bo podczas tego meczu istnieli tylko w 3. secie, ulegając 1:3. Poskutkowało to zmianą naszego ćwierćfinałowego rywala - zamiast z Niemcami, spotkaliśmy się z Rosją. I tak mecz mający zakończyć się wynikiem 3:0 na naszą korzyść, było początkiem końca naszej przygody w stolicy Wielkiej Brytanii.
    Mecz z Rosją był tak słaby, że aż przykro o nim pisać. Nasi środkowy jakby wyparowali (grać zaczęli, kiedy przegrywaliśmy 0:2, a trzeci set zbliżał się do nieuchronnego końca), przyjmujący nie radzili sobie z atomowym serwisem Rosjan. Zagrywka Michała Ruciaka nie odrzucała rywala zbytnio od siatki. Wszystko zaczęło się zazębiać, kiedy było już za późno. Chyba dopiero wtedy siatkarze uświadomili sobie, że to są igrzyska olimpijskie, a przegrana w meczu skutkuje powrotem do domu. Czas reakcji był jednak za słaby, a mecz zakończył się wynikiem 3:0 na korzyść Rosjan.
   Siatkarski krajobraz w Polsce po tych igrzyskach jest naprawdę nędzny. Nasze panie nie uzyskały nawet kwalifikacji na olimpijskie zmagania, a mężczyźni rozczarowali, odpadając tuż przed fazą medalową. Jeszcze bardziej boli fakt, że dla Krzysztofa Ignaczaka, Pawła Zagumnego i Łukasza Żygadły były to ostatnie igrzyska. Żaden z nich nie zwieńczy swojej wspaniałej kariery medalem na najważniejszej imprezie w życiu każdego sportowca uprawiającego sport olimpijski. Już nawet mniejsza o "najwierniejszych kibiców", którzych namnożyło się po tryumfie Polaków w Lidze Światowej. Chociaż to może i lepiej, że będzie ich mniej. Z kibicami jak z przyjaciółmi - lepiej mieć dwóch zaufanych, niż piętnastu fałszywych.

niedziela, 18 marca 2012

Podsumowanie sezonu skoków narciarskich 2011/2012

     Planując napisanie tego tekstu, chciałam zlinczować wszystko i wszystkich. Wiatr - za wypaczanie konkursów. Organizatorów - za przeprowadzanie zawodów pomimo beznadziejnych warunków i ryzykowanie tym samym zdrowiem lub nawet życiem skoczków. Miałam także wspomnieć wszystkie jednoseryjne konkursy, które wygrywali zawodnicy przypadkowi. Kiedy jednak zobaczyłam niezmiernie szczęśliwego Andersa Bardala wznoszącego ku niebiosom Kryształową Kulę, a w oku zakręciła się łza wzruszenia, postanowiłam nieco zmienić ton mojej wypowiedzi.
    Pierwsza część sezonu nie zapowiadała końcowego tryumfu Norwega, wręcz przeciwnie - wszyscy Puchar Świata wręczali Andreasowi Koflerowi, który odstawiał równo wszystkich przeciwników. Kiedy jego prowadzenie w klasyfikacji generalnej zaczęło chylić się ku upadkowi, ten wciąż bronił się kolejnymi zwycięstwami lub miejscami na podium (Innsbruck!). Przez to stał się liderem mało przekonującym. Wydawało się wtedy, że prowadzenie obejmie Gregor Schlierenzauer, świeżo upieczony zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni. W tym samym momencie jednak jak Filip z konopi wyskoczył Bardal. Prowadzenia nie oddał aż do wieńczącego sezon weekendu w Planicy. Schlierenzauer postraszył go już tylko trochę - ponadto nie wyglądał na takiego, któremu szczególnie zależałoby na gonieniu Norwega. Trudno się mu dziwić, wszak cel na ten sezon osiągnął.
    Ostatnie miesiące dobitnie pokazały, że pomimo XXI wieku człowiek w starciu z naturą wciąż nie ma szans. Do tego obnażyły niedoskonałości systemu kompensaty za wiatr i belkę, który częściej zabierał skoczkom dobre miejsca, niż je przyznawał. Obraz poszczególnych konkursów psuło także ciągle zmienianie przez organizatorów belki startowej, w znacznej mierze uniemożliwiające oddawanie przez zawodników dalekich skoków. Z powyższych powodów poirytowana bywała także zgromadzona pod poszczególnymi skoczniami publiczność - gwizdom niezadowolenia nie było końca.
    Wiele ciepłych słów można powiedzieć na temat rezultatów polskich zawodników. Kamil Stoch udowodnił, że jest skoczkiem światowej klasy, zajmując piąte miejsce w końcowej klasyfikacji Pucharu Świata. Godnie przejął schedę po Adamie Małyszu. Powtórzył także swój zeszłoroczny sukces z Zakopanego, dzięki czemu tysiące zebranych pod Wielką Krokwią kibiców mogło usłyszeć "Mazurka Dąbrowskiego".
     Życiowy sezon zaliczył Piotr Żyła. Słynący z nietypowych wypowiedzi wiślanin m.in. ustanowił nowy rekord Polski w lotach, a także był stałym, pewnym punktem drużyny.
Porządnie punktować zaczął Maciej Kot. Po kilku sezonach bez chociażby "oczka", teraz zebrał ich aż 108. Tuż za nim na horyzoncie pojawili się Aleksander Zniszczoł i Klemens Murańka. Ten pierwszy zebrał wspaniałe punktowe żniwo z Zakopanem. Później został wicemistrzem świata juniorów zarówno indywidualnie, jak i drużynowo. Obaj zawodnicy mieli także znaczący wpływ na to, że na skoczni normalnej w Lahti polska drużyna uplasowała się na najniższym stopniu podium.
    Nie tylko Zniszczoł i Murańka byli młodymi zawodnikami, którzy stanowili o sile swojej drużyny. Miało to także miejsce u Norwegów i Słoweńców. Vegard Haukoe Sklett, Jure Sinkovec, Atle Pedersen Roensen, Jaka Hvala - to tylko część nazwisk, które możemy widywać na najwyższych lokatach już w ciągu kilku najbliższych lat.
    Kolejny słaby sezon zaliczyli Finowie. Podczas drugiego konkursu w Planicy karierę zakończył najbardziej doświadczony z nich - Matti Hautamaeki. Po kontuzji wraca jednak Ville Larinto. Może to on poderwie do walki kolegów z drużyny?
    Lekko podupadła dominacja Austriaków w drużynówkach. O swoje coraz bardziej dopominać zaczęli się Norwegowie oraz Niemcy. Tryumfy podopiecznych Alexandra Pointnera nie były już tak wyraźne i przekonujące, lecz mimo to po raz kolejny z rzędu zdobyli Puchar Narodów i drużynowe mistrzostwo świata w lotach.
    I to właśnie najważniejsza impreza tego sezonu najbardziej mnie zawiodła. Mistrzostwa świata w lotach w Vikersund rozczarowały nie tyle poziomem wyników osiąganych przez zawodników (bo ten był wysoki), co organizacją. Już pierwszego dnia pomimo bardzo złych warunków próbowano przeprowadzić dwie pierwsze serie konkursowe. Bardzo na tym ucierpiał Kamil Stoch - został puszczony  warunkach tak złych, że wylądował na buli, grzebiąc tym samym swoje szanse na dalsze loty na Vikersundbakken. Wyniki jednak anulowano i nowego mistrza świata wyłoniły inne dwie serie, które odbyły się dzień później. Został nim Robert Kranjec. Wyprzedził czarnego konia zawodów - Rune Veltę, a także Martina Kocha, który gdyby nie upadek, zająłby miejsce Słoweńca. Stoch był dziesiąty. Należy więc cieszyć się, że zła pogoda podczas całej imprezy doszczętnie nie wypaczyła wyników i złoto zdobył prawdziwy specjalista od latania na mamutach.
    Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej opisane aspekty minionego sezonu, naprawdę ciężko go jednoznacznie ocenić. Odnoszę jednak wrażenie, że był trochę słabszy od poprzedniego. Zdobywca Pucharu Świata średnio przekonał mnie, że to on jest najlepszym skoczkiem świata, słabo zaznaczył swoją dominację. Nieco jałowa była także sama walka o końcowy tryumf. Mimo to nie brakowało momentów, w których serce biło szybciej, a w oku pojawiała się łza. I tego się trzymajmy.

wtorek, 10 stycznia 2012

O potędze Skry

   PGE Skra Bełchatów to zdecydowanie budzący najwięcej skrajnych emocji i przez to jeden z najbardziej kontrowersyjnych klubów rodzimej siatkarskiej ekstraklasy. Pod adresem siedmiokrotnych mistrzów Polski wiele razy padały zarzuty dotyczące rzekomego "kupowania" sukcesów. Lecz historia sportów drużynowych wielokrotnie pokazała, że medali, mistrzostw i pucharów nie kupi się za pieniądze i nazwiska, których i tak w szeregach bełchatowian nie brakuje. Jednak to kilka innych czynników zadecydowało, że zawodnicy w żółto-czarnych strojach pozostają na polskich parkietach niepokonani.
   O potędze Skry świadczą przede wszystkim zgranie i trzon zespołu, który od lat pozostaje niezmieniony. I nie chodzi tu o nagromadzenie reprezentantów Polski, którzy ów trzon stanowią (zresztą, prawdziwość tego faktu dosadnie potwierdził w swoim artykule mój dobry kolega i wzór do naśladowania, Krzysztof Sędzicki). Przez te wszystkie lata, podczas których przeprowadzano jedynie niewielkie zmiany w składzie, cała jego reszta zamieniła się w siatkarską rodzinę, doskonale się rozumiejącą. I pomimo, że rywale przed i w trakcie każdego sezonu coraz bardziej zbroją się, wydając duże sumy pieniędzy na najlepsze nazwiska światowej siatkówki, wciąż u kresu ligi oglądają plecy siatkarzy z Bełchatowa.
   Oskarżenia dotyczące posiadania za sobą jednego z najbogatszych sponsorów Polski i osiągania największych sukcesów jedynie ze względu na wysoki budżet, są zatem błaganiem o litość i objawem zniecierpliwienia związanej z niemającym się ku końcowi królowaniem Skry Bełchatów w PlusLidze.

wtorek, 4 października 2011

Historycznie na Ursynowie

       Na przełomie września i października w warszawskiej Arenie Ursynów odbył się pierwszy w historii rankingowy turniej snookerowy. Impreza ze sporą sumą pieniędzy w puli nagród i punktami rankingowymi do zgarnięcia.
       Głównymi magnesami na publiczność w Warszawie byli m.in. sześciokrotny mistrz świata Steve Davis, aktualny wicemistrz globu, prezentujący niezwykle ofensywnego snookera Judd Trump oraz byli mistrzowie świata Shaun Murphy i Neil Robertson. W turnieju zagrało 85 profesjonalistów oraz 77 amatorów, w tym trzydziestu siedmiu Polaków. Polsko brzmiących nazwisk było o kilka więcej, lecz występujących pod inną niż biało-czerwona, flagą.
      Naprawdę niewiele zabrakło, aby w Warszawie zaprezentowała się żywa legenda dyscypliny z zielonym stołem w roli głównej. Ronnie O'Sullivan, bo o nim mowa, ku uciesze zainteresowanych turniejem kibiców, znalazł się na wstępnej liście startowej do Players Tour Championship 6. Entuzjazm jego fanów nie trwał jednak długo - "O'Sa" wycofał się, swoją decyzję tłumacząc napiętym grafikiem meczów (dzień przed pojawieniem się w Warszawie musiał rozegrać kilka spotkań w Premier League; z tej imprezy zrezygnować nie mógł, ponieważ w takim wypadku musiałby zapłacić karę finansową, której perspektywa nie była oczywiście dla Anglika zachęcająca). Trzykrotny mistrz świata zapowiedział jednak, że w przypadku ponownej organizacji przez Warszawę turnieju podobnej rangi, na pewno w Stolicy się zjawi.
        Najlepiej zapowiadającym się polskim zawodnikiem był oczywiście Kacper Filipiak. Mistrz Europy do lat 21 nie musiał kwalifikować się do fazy telewizyjnej turnieju. W pierwszej rundzie zmierzył się z Anglikiem, Davidem Gilbertem. Spotkanie zaczął dosłownie historycznie. Jako pierwszy w historii polski zawodowiec wbił sto punktów w podejściu, rozgrzewając tym samym do czerwoności zgromadzoną na hali Ursynów publiczność. Rezonu nie stracił również w drugiej partii, walcząc do końca i wygrywając ją po pojedynku na czarnej bili. Później niestety w grze piętnastoletniego Polaka pojawiły się błędy, a jego przeciwnik wrócił do swojej normalnej dyspozycji. Zaatakował nawet brejka maksymalnego - z niezłym skutkiem, zabrakło czterech bil. Gilbert pokonał ulubieńca polskiej publiczności 4-2, jednak przegrany nie miał się czego wstydzić - wszak po raz kolejny zapisał się na kartach historii.
      Neil Robertson był jedną z głównych gwiazd Warsaw Classic, ale czy zarazem faworytem do zwycięstwa? Niekoniecznie. Pomimo, że tylko jednego ze swoich spotkań nie rozegrał na stole telewizyjnym, wciąż przyćmiony był osobą Steve'a Davisa, którego spotkania budziły zdecydowanie największe zainteresowanie publiczności, oraz Judda Trumpa, który w swoim stylu bawił widzów efektownymi "petardami". Obaj jednak odpadli wcześniej - odpowiednio w pół- i ćwierćfinale. Reprezentant kraju kangurów stał się tymczasem cichym bohaterem całej imprezy, docierając               do finału, w którym 4-1 pokonał Ricky'ego Waldena, który nie był ani gwiazdą, ani faworytem Warsaw Classic. "Mistrz Warszawy", bo tak Robertsona określił komentator Eurosportu Rafał Jewtuch, swe zadowolenie z wygrania warszawskiej imprezy wyraził na twitterze. We wpisie pochwalił polską publiczność i napisał, że jest bardzo usatysfakcjonowany dobrą grą.
            Podsumowując, Players Tour Championship 6, czy jak kto woli, Warsaw Classic, to był udany turniej. Zarówno dla kibiców, organizatorów jak i samych jego uczestników. Można z optymizmem patrzeć w przyszłość warszawskiego turnieju i mieć nadzieję, że w przyszłym roku snookerowa elita ponownie zawita do stolicy kraju nad Wisłą.

środa, 21 września 2011

Powtórka z odsieczy

W 1683 roku Jan III Sobieski pokazał Turkom pod Wiedniem miejsce w szeregu. 328 lat później we wiedeńskiej hali Stadthalle polscy siatkarze w czterech setach pokonali w meczu o brązowy medal faworyzowanych do zwycięstwa w całym turnieju Rosjan.

A MIAŁO BYĆ TAK ŹLE
Przed europejskim czempionatem nastroje w polskiej reprezentacji nie były zbyt ciekawe. Wyniki sparingów optymizmem nie napawały (w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera w trzech spotkaniach Polacy ugrali zaledwie seta!), a zewsząd płynęły gorzkie słowa krytyki pod ich adresem. Dodatkowo kontuzji wyleczyć nie zdążył Zbigniew Bartman, przez co do Czech i Austrii lecieliśmy z dwoma niepewnymi atakującymi - Jakubem Jaroszem i MVP poprzednich Mistrzostw Europy, Piotrem  Gruszką.

DROGA DO MEDALU
Polacy w grupie mierzyli się z jej faworytami - Bułgarami, Niemcami, którzy pod wodzą Raula Lozano poczynili niebywałe postępy oraz nieobliczalnymi Słowakami. Najkorzystniej było zająć w niej pierwsze lub trzecie miejsce, które chroniło przed konfrontacją z Rosją w ćwierćfinale. Nasi reprezentanci skorzystali z drugiej opcji i zagrali niesamowity mecz barażowy z Czechami. Zwyciężyli i w ćwierćfinale nie napotkali praktycznie oporu ze strony Słowaków, pokonując ich w trzech setach. W strefie medalowej trafili na Włochów. Podczas tego meczu polskich siatkarzy nie było praktycznie na boisku. Zostali przez zawodników z Półwyspu Apenińskiego praktycznie zmiażdżeni. Kilka godzin później po niesamowitym meczu Serbowie wniwecz obrócili marzenia Rosjan o złocie. I to właśnie z sąsiadami ze wschodu zagraliśmy o brąz.
 
A BRĄZ LŚNI JAK ZŁOTO
Biorąc pod uwagę dyspozycję Rosjan w ciągu kilku ostatnich miesięcy, sukcesem było ugranie chociażby seta. Mają oni jednak to do siebie, że jeżeli przegrywają półfinał, to brązowy medal traci dla nich zupełnie wartość. Walczą, ale nie z taką zaciętością, jak zwykle. Polacy mogli upatrywać w tym swoją szansę.
 
KUBIAK SIĘ NIE POMYLIŁ
Są takie mecze, których nie są w stanie opisać żadne słowa. Są takie emocje, które pochłaniają bez reszty. I są takie zwycięstwa, których po prostu się nie zapomina.
- Możemy wygrać z każdym. W tej chwili nie widzę drużyny, której moglibyśmy się bać. Przy naszej dobrej grze, jeśli będzie nam wychodzić zagrywka, to i z Rosją sobie poradzimy - powiedział Michał Kubiak po zwycięstwie Polaków nad Czechami. Wtedy można się było z jego słów podśmiewać, jednak w ostatecznym rozrachunku okazało się, że siatkarz Jastrzębskiego Węgla nieźle zna się na dyscyplinie, którą uprawia. I dodatkowo zna swoje możliwości.

SERCE - SERBIA, ROZUM - WŁOCHY
Przed i w trakcie finału wszystkie polskie serca biły dla Serbii. Bo to bałkańscy siatkarze podłamali Rosjan, ułatwiając nam tym samym drogę do brązu. Jednak mimo wszystko mocniejsi wydawali się Włosi - byli bezkonkurencyjni w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera i dobrze zaprezentowali się w Lidze Światowej, awansując do Final Eight. Po raz kolejny okazało się, że "sparingi guzik ci powiedzą". Serbowie zwyciężyli w czterech setach, a ich bohaterem został Milos Terzić, który na końcu dwóch ostatnich partii wchodził zadaniowo na zagrywkę, za każdym razem posyłając asa serwisowego.

środa, 3 sierpnia 2011

Zakompleksiony tenisowo naród

   Nie od dziś wiadomo, że Polska nigdy potęgą tenisową nie była. Co prawda mieliśmy kilku znaczących zawodników i zawodniczek, ale nie doczekaliśmy się niczego nadzwyczajnego poza ćwierćfinałem Wielkiego Szlema wśród mężczyzn, jednym tytułem w deblu Jadwigi Jędrzejowskiej i kilkoma zwycięstwami w pojedynczych turniejach. Kiedy jednak sukcesy odnosić zaczęły zagraniczne tenisistki o polskim pochodzeniu, dały o sobie znać nasze kompleksy.
   Zaczęło się od Caroline Wozniacki. Kiedy stała się numerem jeden (sposób, w jaki to zrobiła, zasługuje na osobny tekst), w naszych mediach przestała istnieć jako Dunka. Przyległ do niej na stałe przyrostek "polskiego pochodzenia". Kiedy ta przestała wygrywać prestiżowe turnieje, a do półfinału Wimbledonu awansowała młoda Niemka Sabine Lisicki, której rodzice również są Polakami, zaczęły się tytuły w stylu "Polska krew w półfinale Wielkiego Szlema".
    Niby nic, a irytuje. Ja rozumiem, że gdy widzi się Serbów cieszących się z kolejnego sukcesu Novaka Djokovica, chciałoby się samemu doświadczyć takiego uczucia. Co się wtedy robi? Usilnie polonizuje się zawodniczki nie mające nawet ochoty na utożsamianie się z Polską. Niemiec pozostanie Niemcem, a Duńczyk - Duńczykiem. Sportowiec reprezentuje ten kraj, z którym czuje się związany, a nie ten, z którego pochodzą jego rodzice, dziadkowe czy  "piąta woda po kisielu" kuzyni. Jeżeli chce się mistrzów, to się w nich inwestuje. Polski żeński tenisowy "narybek" zniknął wraz z likwidacją turnieju WTA Polsat Warsaw Open. Było kilka tenisistek stwarzających nadzieję na przyszłość. Gdzie się podziały - nie wie nikt.
   Wracając do tematu - gdyby Wozniacki, Lisicki czy Wozniak czuły się Polkami, występowałyby pod inaczej zabarwioną flagą i słuchałyby innego hymnu po wygraniu turnieju. Jeżeli nie mają ochoty występować pod biało-czerwoną banderą, należy się z tym pogodzić i przestać robić z siebie zakompleksionego Polaczka, który przypisuje sobie cudze sukcesy. To naprawdę brzmi i wygląda żałośnie.
    Właśnie dlatego Caroline Wozniacki nie będzie dla mnie Karoliną Woźniacką, a Sabine Lisicki - Sabiną Lisicką. Nie wspominając o Angelice Kerber czy Aleksandrze Wozniak.
 PS: Swoją drogą, ciekawe, co by się stało, gdyby w ubiegłym roku Samantha Stosur wygrała French Open, a polskim masom podano by informację o jej polskich korzeniach (dziadek tej zawodniczki był Polakiem i to po nim odziedziczyła nazwisko). Doczekalibyśmy się fragmenty brzmiącego "Zwyciężczyni wielkoszlemowego Roland Garros, Australijka polskiego pochodzenia Samantha Stosur…?"

Źródło:
informacja własna

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Tenisowy niedosyt

   Głupotą staje się powtarzanie na wstępie, że pojedynki Rogera Federera i Rafaela Nadala to klasyki nie tylko tenisa, ale i całego sportu. Widząc te dwa wielkie nazwiska obok siebie można się spodziewać równie wielkich emocji i wyrównanej do ostatniej piłki, walki. Przed finałem tegorocznego Rolanda Garrosa było identycznie. Po wszystkim jednak, pozostał niesmak.
   Szwajcar koncertowo dostał się do finału, w półfinale pokonując seryjnie ostatnio wygrywającego Novaka Djokovica. Powtórka z rozrywki szykowała się w pierwszym secie finałowego starcia, ale nic z tego nie wyszło. O ile niektóre akcje z obu stron dosłownie zapierały dech w piersiach, to ilość popełnianych najpierw przez Hiszpana, a później przez Szwajcara, błędów, nieco zepsuła całokształt spotkania. Co zatem zadecydowało o zwycięstwie Nadala? Na pewno nie doświadczenie, bo ciężko i wręcz niedorzecznie jest mówić o przewadze tego typu, jeżeli po drugiej stronie siatki stoi Roger Federer. A więc co sprawiło, że łupem Hiszpana padł szósty tytuł na French Open? Raczej psychika. Kiedy ten niczym gazela ganiał po korcie, przeciwnik do niektórych piłek nawet nie próbował biec, jakby nie wierząc w końcowy sukces.
   Samo dotarcie do finału na pewno satysfakcjonuje obu zawodników, biorąc pod uwagę ich wyniki podczas pierwszego w sezonie wielkoszlemowego turnieju - Australian Open. Hiszpan przegrał nie tyle z rywalem, rodakiem Davidem Ferrerem, o ile z kontuzją. Federer z kolei nie podołał temu, którego pokonał w Paryżu w półfinale, późniejszemu zarazem zdobywcy tytułu. Tym samym odrobili straty i w niepamięć rzucili tamte mniej pomyślne, australijskie dni.
   Kolejny turniej wielkiego szlema to Wimbledon. Jak poradzą sobie w nim Nadal i Federer? Ten pierwszy broni tytułu. Zobaczymy, jak zaprezentują się ci dwaj utytułowani tenisiści.

Źródła i inspiracje:
informacja własna.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Mistrz już za burtą

     Wiele mówiło się o jednym ze spotkań pierwszej rundy snookerowych mistrzostw świata, które po raz trzydziesty piąty odbywają się w Crucible Theatre, w Sheffield, na terenie Anglii. Miało się ono rozegrać pomiędzy przeżywającym najlepsze chwile swojej kariery, Anglikiem Juddem Trumpem a broniącym tytułu Australijczykiem, Neilem Robertsonem. Nawet wytrawni znawcy tej dyscypliny nie potrafili stwierdzić, kto z tej konfrontacji wyjdzie zwycięsko. Powstało prawdziwe zderzenie młodości z doświadczeniem, a także dwóch wybuchowych temperamentów, o czym za chwilę.
       Podczas pierwszej sesji świetnie spisał się Anglik, ale Robertson dotrzymywał mu kroku. Kiedy się zakończyła, wynik brzmiał 5:4 na korzyść Trumpa. Podczas wieczornej części spotkania pałeczkę przejąć usiłował obrońca tytułu wywalczonego przed rokiem, ale jego przeciwnik nie poddawał się do końca. Pomimo zepsucia dwóch łatwych bil i tym samym oddania ważnego frejma, potem już tylko dominował. Nieopisana była ulga wypisana na jego obliczu, kiedy w kieszeni znalazła się decydująca o jego tryumfie bila. Nie zdołał całkowicie wyczyścić stołu z różnokolorowych kul, ale przecież pokonał dużo bardziej doświadczonego od siebie rywala, ba, obrońcę tytułu!
       Dogrywka miała miejsce na pomeczowej konferencji prasowej. Pokonany Australijczyk stwierdził, że młodszemu od siebie rywalowi nie daje większych szans na zwycięstwo w światowym czempionacie. Sam zainteresowany odrzekł, że nie startowałby w Crucible, gdyby nie czuł, że może odnieść wielki sukces, którym byłoby zdobycie mistrzowskiego tytułu. To przykre, ale Robertson tym samym mógł dać nam do zrozumienia, że nie potrafi przegrywać. Szkoda.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Andrea Anastasi z ziemi włoskiej do Polski

…czyli o drodze Włocha na stołek selekcjonera reprezentacji Polski siatkarzy.

Telenowela zatytułowana "Poszukiwania trenera dla siatkarzy" wraz z dniem trzeciego lutego 2011 roku doczekała się swego epilogu. Wtedy to bowiem siatkarski świat obiegła wiadomość, iż reprezentacja Polski mężczyzn doczekała się swojego nowego selekcjonera. Nazwisko Anastasiego pojawiało się już podczas pierwszych rozmów po październikowym zwolnieniu Daniela Castellaniego, ale trzeba zaznaczyć, że wtedy nie był on faworytem do objęcia posady trenera. Podobnie jak jego argentyński poprzednik, selekcjonerski stołek utracił po pechowych dla reprezentacji Italii Mistrzostwach Świata w 2O1O roku, których Włosi byli gospodarzami. Zajęli wtedy nielubiane przez sportowców, czwarte miejsce (pomimo, że do medalu systemem rozgrywek utworzyli sobie autostradę czteropasmową). Do ostatniego odcinka życiorysu Castellaniego historia bliźniaczo podobna, z tym, że Polska na mundialu uplasowała się 9 miejsc niżej. Nie ma co ściemniać - wybór Anastasiego na jego obecną posadę był wymuszony odmową trenera Skry Bełchatów, Jacka Nawrockiego. Kiedy został wybrany na posadę selekcjonera reprezentacji kraju nad Wisłą, przebywał w Brazylii, gdzie zbierał wiedzę na temat tamtejszej siatkówki. Zapytany o presję oczekiwań, odpowiedział, iż w Italii spoczywała na nim podobna - […]we Włoszech jest identycznie: jeżeli wracamy bez medalu, to się ogłasza katastrofę. Kto ma tradycje, ten wymaga. […] Nie ukrywam, że dowiadując się o uzyskaniu przez niego posady selekcjonera, przez głowę przepłynęła mi ponura myśl: "Witamy w bagnie zwanym PZPS, panie Anastasi. Mamy nadzieję, że będzie się panu z nami miło współpracowało." Myśl pesymistyczna, rodem z dzieł Stephena Kinga, ale czego się spodziewać po kraju, w którym trenera "z szacunku" zwalnia się przez SMS-a?... Najważniejsze jest jednak to, że Włoch ma pozytywne nastawienie. Cóż, pozostaje Andrei Anastasiemu życzyć szczęścia, bo gdy go zabraknie i będzie miał pecha, może pracę w Polsce utracić równie szybko, jak ją zdobył.
Źródła i inspiracje:
Fragment wywiadu:  Anastasi: Dam radę, "Gazeta Wyborcza" nr 28 (4 lutego 2011), red. Rafał Stec
Informacja własna.

piątek, 8 kwietnia 2011

Archiwalia: Bolesne weryfikacje, narodziny gwiazdy i obrona mistrza, czyli Garmisch objawia swą magię

   Garmisch-Partenkirchen od 1987 roku ubiegało się o organizację imprezy światowej rangi. Po latach starań udało się - Niemcy otrzymali prawo zorganizowania u siebie mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim. Dyscyplinie, która łączy technikę z szybkością, w której jedna setna sekundy czasami decyduje o tym, czy ktoś zdobędzie medal, czy też nie.
   Faworytów i faworytek było wiele. Tak się niefortunnie złożyło, że w kwestii kobiecej dwie z nich - największe rywalki i jednocześnie najlepsze przyjaciółki Lindsey Vonn oraz Maria Riesch, mogą mówić o dużym pechu. Ta pierwsza upadła na treningu supergiganta, uderzyła głową o stok i doznała wstrząśnienia mózgu. Niemka z kolei zachorowała i była zmuszona zbijać gorączkę rzędu 39 stopni. Razem ze zdrowiem straciły koncentrację i pewność siebie, przez co dwa brązy Riesch oraz srebro Vonn kibice tych dwóch wspaniałych zawodniczek powinni oklaskiwać aż do kolejnego alpejskiego mundialu. Wspaniale z kolei zaprezentowały się Austriaczki - zdobyły cztery złote oraz jeden srebrny medal, czyli ponad połowę całej stawki krążków przywiezionych do ojczyzny z Garmisch. Najbardziej jednak w pamięci kibiców zapisze się Elisabeth Goergl, na której szyi zawisły dwa medale z najcenniejszego kruszcu. Co ciekawe, utalentowana Austriaczka u progu dorosłego życia wcale nie planowała sportowej kariery - chciała zostać… piosenkarką. Nie bez powodu - dysponuje tak dobrym wokalem, że nagrała hymn mistrzostw w Ga-Pa. Jak widać, przyniósł jej szczęście. Życiowy sukces w Garmisch odniosła również młoda Anna Fenninger - w wywiadzie po zdobyciu złota w superkombinacji sama przyznała, że swego czasu przez słabe wyniki rozważała zakończenie kariery.
   Takich myśli z kolei nie miała Marlies Schild - kolejna Austriacka bohaterka. Przed startem slalomu była wymieniana jako główna faworytka do złota. Wytrzymała presję i została mistrzynią świata. Tuż za nią uplasowała się jej koleżanka z reprezentacji, Kathrin Zettel. Niesamowite osiągnięcia, prawda? U nas też by były. Gdyby się inwestowało w tą dyscyplinę sportu. Pojawiła się na horyzoncie Karolina Chrapek, dwukrotna medalistka Uniwersjady 2011. Módlmy się, aby jej talent nie został zmarnowany.
   Jeżeli o męską odmianę narciarstwa chodzi, wyłamał się Christof Innerhofer. Zawodnik, który wcześniej nawet nie wygrał zawodów z cyklu Pucharu Świata, zdobył dla swojego kraju trzy medale, każdy innego koloru. Narodziła się nowa alpejska gwiazda - grzmią media. I się nie mylą. U rozpoczęcia mistrzostw przepadł Carlo Janka - Szwajcar miał problemy z sercem i po zakończeniu sezonu przejdzie operację. Jego rolę przejął starszy i bardziej utytułowany kolega Didier Cuche. Prekursor popularnego na cały świat młynka zdołał wyrwać zaledwie jeden srebrny medal i tylko z nim Szwajcarzy powrócili do ojczyzny. Nikt nie wątpi w to, że na tarczy. Ich los zresztą podzielili Norwegowie, z tym, że oni w tabeli medalowej byli troszkę wyżej, bowiem tytuł mistrzowski z Val d'Isere obronił Aksel Lund Svindal. Ciekawa historia wywiązała się z występu Ivicy Kostelicia. Brat słynnej Janicy po zdobyciu jedynego na tych mistrzostwach medalu dla Chorwacji (był on brązowy) stwierdził, że trasy są nieludzkie, kalendarz mistrzostw chory i… wyjechał na wakacje nad morze. Powrócił do Niemiec jeszcze na slalom i slalom gigant, jednakże nic nie zwojował poza miejscami za pierwszą piątką. Swoich fanów nie zawiódł Ted Ligety - amerykański wirtuoz slalomu giganta zdobył w tej konkurencji mistrzostwo świata.
   Nie pytaj o Polskę - tym tytułem jednego z najważniejszych utworów Republiki można skomentować występ naszych reprezentantów w niemieckim sercu Alp. Trasy w Garmisch boleśnie uświadomiły nam, że w kwestii narciarstwa alpejskiego nie mamy czego szukać. Ale podobno nie można mieć wszystkiego. Co nie zmienia faktu, że nie wypadałoby wykraczać poza granicę przyzwoitości. Ja już nawet nie wymagam medali. Liczyłam tylko na miejsca w trzydziestce, może nawet dwudziestce. Dziesiątka raczej nadal pozostaje w sferze marzeń.

Źródła i inspiracje:Informacja własna
pl.wikipedia.org/wiki/Mistrzostwa_%C5%9Awiata_w_Narciarstwie_Alpejskim_2011

PS: Archiwalia to seria moich tekstów dotyczących wydarzeń, które miały miejsce już jakiś czas temu. Taki mały powiew historii. Kolejna praca tego typu czeka na dokończenie, a dotyczy wydarzeń z... przełomu stycznia i lutego.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Kort - jak zwykle brutalny.

  Biorąc w sporcie na tapetę słowo "finał", pierwszymi skojarzeniami są "równa walka" oraz "wysoki poziom". Informacji o tym, że w finale pań turnieju Sony Ericsson Open towarzyszyła jedna pewność: będzie głośno. Spotkać się bowiem miały dwie najgłośniej krzyczące tenisistki świata. Dużo mówiło się o nagłym come backu Marii Szarapowej i niespodziewanie dobrej dyspozycji Victorii Azarenki. Jednakże po raz kolejny kort pokazał, że to on najlepiej weryfikuje dyspozycję tenisistek…
  Od początku do końca spotkania zawiodła jednak Rosjanka. Serwowała bardzo słabo, w całym spotkaniu wygrała zaledwie dwa swoje gemy serwisowe. Przy swoim serwisie popełniła aż siedem podwójnych błędów, w tym dwa już w pierwszym gemie. Patrząc przez pryzmat poziomu całego spotkania, tylko on był wart jakiejkolwiek uwagi i analizy. Długie wymiany, walka do ostatniego tchu i ta niewiadoma, kto z tej bitwy wyjdzie zwycięsko - tak można go podsumować. W dużym skrócie oczywiście, bowiem trwał on blisko dziesięć minut.
  Tym samym Azarenka rozpoczęła od przełamania. I nim również zakończyła mecz, rezultatem 6:1, 6:3 na swoją korzyść. Jej radość po wrzuceniu przez Sharapovą piłki w siatkę, a jednocześnie zdobyciu tytułu, była nieopisana. Najpierw upuściła rakietę, z niedowierzaniem spojrzała na trenera, pokręciła palcami wokół skroni i rozpoczęła radosny taniec. W Miami już kiedyś wygrała - miało to miejsce w 2009 roku. Teraz wróciła, w drodze do finału pokonując m.in. wice liderkę rankingu WTA, Kim Clijsters. Za waleczność i ambicję należała jej się ta nagroda. Po turnieju awansuje na szóstą lokatę w rankingu, a jej rywalka - dziewiątą, najwyższą od dwóch lat. Wiemy jedno: należy w najbliższych miesiącach śledzić jej poczynania, bowiem radzi sobie coraz lepiej i może wygrać w tym sezonie jeszcze wiele.
Źródła i inspiracje:
Eurosport.pl
Informacja własna - obejrzany mecz

sobota, 2 kwietnia 2011

Co to jest Liga Mistrzów?

   Otóż: jest to taki turniej, na którego starcie stają 24 zespoły z całego kontynentu, a i tak z miażdżącą przewagą wygrywa Trentino Volley. I raczej tego klubu żadnemu szanującemu się kibicowi siatkówki przedstawiać nie trzeba. Europejska potęga, z którą jak równy z równym mogą walczyć tylko Zenit Kazań, Dynamo Moskwa i Skra Bełchatów. I to właśnie ci pierwsi w finale stoczyli z Trento bitwę o mistrzowski tytuł. Zaczęli niemrawo, ale bój był długi i zacięty. Mimo wszystko siatkarze z Włoch wygrali turniej trzeci raz z rzędu. Czy to kogoś dziwi? Nie. Może dziwić odpadnięcie Skry Bełchatów tuż przed Final Four, ale nie wygrana Włochów, bo oni rządzą europejskimi pucharami, widocznie bardzo im to odpowiada i zamierzają przerywać zwycięskiej passy.
   Trzy rzeczowniki, które kojarzą się nam z zespołem z Trentino? Ogromny budżet, światowe sławy i królowanie. Dodatkowym argumentem świadczącym o potędze Włochów jest… Kubańczyk. Zwie się on Osmany Juantorena. Ten mierzący równo dwa metry siatkarz od początku sezonu ligowego utrzymuje się w wielkiej formie i jak dotąd nie znalazła się na niego żadna siła. Dotąd zdobył już trzy indywidualne wyróżnienia - został najlepszym atakującym oraz najlepszym zawodnikiem Klubowych Mistrzostw Świata w Katarze, a niedawno, również i Final Four Ligi Mistrzów. I z meczu na mecz coraz mniej wszystkich to dziwi, także mnie.
   Tymczasem w kwestii polskiej na naszego zwycięzcę LM musimy poczekać jeszcze przynajmniej rok. Bełchatowska Skra została zwyciężona przez Zenit Kazań pomimo, że w decydującym o awansie do FF "złotym secie" miała wszystko niemalże podane na srebrnej tacy. Pozostaje liczyć na to, że za rok siatkarze naszego najlepszego zespołu poradzą sobie lepiej.

PS: Pierwsza partia radosnej twórczości. Napisana zaraz po tym, kiedy została wykorzystana ostatnia piłka meczowa dla Trentino. ;)

Początki bywają trudne.

    Z założeniem bloga tego typu nosiłam się już od jakiegoś czasu. Po porzuceniu wizji jednego bloga z całą moją twórczością, od prywatnych opisów po subiektywne felietony, założyłam jeszcze jeden z moich tworów.
   Na tym oto blogu, który właśnie widzicie, będę publikowała całą moją sportową twórczość, której proces uskuteczniam już od jakiegoś czasu. Piszę o wszystkim, od skoków narciarskich, przez siatkówkę, aż do łyżwiarstwa figurowego. Poruszam tematy wesołe i smutne, bardziej i mniej kontrowersyjne. Oczywiście nie zawsze udaje mi się uchronić od błędów natury wszelakiej, więc krytyka i wytykanie nieścisłości jest bardzo mile widziane. Proszę, darujcie sobie wyzywanie mnie od różnych za to, że czasami dotknę czyjegoś czułego punktu, wyrażając swoje prywatne zdanie. Z góry dzięki.